czwartek, 31 maja 2012

nowa chusta Girasol

Wśród świeżynek Girasola pojawiła się w sklepach chusta o nazwie Saltillo. Wspominałam o niej w poprzednim poście. Odcienie zieleni i fioletu, przeplatane pomarańczową kreską.
Chusta- jak wszystkie Girasole- hipnotyzuje barwami, których rzeczywisty odcień trudno uchwycić na zdjęciach. Tak więc trochę Was nimi zasypię :)

na dobry początek stosidło: (tu z pożyczonymi chustami, od góry: nie moja chusta doradców ClauWi od Storchenwiege; moja Saltillo; pożyczona Betula Girasola; pożyczony Pumpkin; moje indio Monti; moja Zara Coffee; moja Babylonia Passion Fruit; pożyczony Jim Didymosa)
 Saltillo



tu już mój domowy stos, póki Pumpkin z nami jeszcze zostaje. Brak indio Loden i kółkowego indio len natur

zoom na Jima


 odświeżona miłość do ZARY :)
 tu znów próby ujęcia Saltillo


 tu w miarę udało mi się uchwycić odcienie
 a tu Saltillo jako hamak :)
 starszak na pokładzie (obok stos pieluch, bo pieluchujemy wielorazowo, i osobnik na zdjęciu cały okres pieluchowy też przesiedział w wielorazówkach)

 drugi hamak z Babylonnii Passion Fruit

 idealny sposób na wykorzystanie chusty kiedy już nie nosimy, lub po prostu- aby poleniuchować ;)

na koniec jeszcze kilka fotek nas w chuście




 tata też chustowy :)





jeszcze nasza mała chustowa sesja
zdjęcia by http://fotokk.pl/

piątek, 18 maja 2012

tym razem nie o chustach, czyli jak zostałam weganką

Mój najmłodszy syn skończył już 3,5 miesiąca! Oczywiście nosimy Go w chuście codziennie, niemniej jakoś nie było czasu na blogowanie. Mimo iż miłość do chust nie słabnie, jest tylko temperowana pustaki portfela ;) Ale w tak zwanym międzyczasie udało mi się upłynnić jedną chustę i na jej miejsce zakupić zupełnie nową ;) Zgadujcie co ze stosiku poszło pod młotek...no..brązowiejące indio. Tak, to indio o którym miesiącami marzyłam, a przed jego przyjściem pocztą zamieściłam sobie jedgo zdjęcie jako tło w komórce(tu sławna na chustoforum ikonka z torbą papierową na głowie...). No ale jednak nowsze Monti okazało się być wcale nie gorsze od klasyku, i do tego cieplejsza, cynamonowa barwa brązowej nitki jakoś bardziej do mnie przemawia. Nie wspominając już o tym, iż Monti było kupione jako wyprawkowe dla Dobromira, więc łączy nas szczególny sentyment :)
A teraz zaspokoję Waszą ciekawość- kto zajął miejsce brązowiejącego indio? Pewnie co bardziej wtajemniczeni obstawiają ostetnie hity, petrolowe indio, albo jakeś ptaki. Eeeee...tzn. petrolowe indio śliczne, ale w noszeniu jakoś ostatnio stawiam bardziej na praktyczność, łatwość wiązania i wygodę; a to wszystko nazywa się...pasiak :D taaak, po prostu pasiasta bawełna, oł yea. Ponieważ najpiękniejsze bawełny paskowe tka się w Gwatemali to tadaaaam- nabyłam świeżutkiego Girasola Saltillo, w moich ulubionych odcieniach fioletu i zieleni.
Zdjęcia oczywiście są, zgram je później ;)

ale ale, jak widać temat chust zdominował post, który miał traktować o czymś zupełnie innym! Jak zostałam weganką? Od kilku ładnych lat jestem wegetarianką, oznacza to tyle iż nie zjadam zwierząt, natomiast dopuszczam w swojej kuchni używanie jajek oraz przetworów mlecznych. Jednak jakiś miesiąc temu okazało się iż moja najmłodsza latorośl ma alergię. Przeszłam więc na dietę eliminacyjną, co oznacza brak w diecie głównych alergenów czyli mleko, jajka, kakao, orzechy, cytrusy itp.
Dieta ma na celu wytropienie składników które uczulają, więc na poczatek dieta jest bardzo mało urozmaicona; i pomalutku dokłada się po jednym składniku, obserwując reakcję. U nas jest to tylko reakcja skórna, bez rewelacji brzuchowych-na całe szczęście. Ale wytropić drania nie jest łatwo.
Przyznam, że na początku było mi bardzo trudno odnaleźć się w nowej jakości codzienności. Nagle okazało się, że moja kuchnia musi stanąć na głowie, bo jednak jajka i mleko używam często w różnych konstelacjach, zwłaszcza, że uwielbiam piec. No i ogólnie jestem łasuchem, przyzwyczajonym do codziennego pałaszowania czegoś słodkiego w ramach podwieczorku...a tu- praktycznie wszystkie kupne słodycze zawierają albo jeden albo drugi podejżany składnik, natomiast wypieki bez jajek choćby na początku wydawały mi się jakąś abstrakcją. Znałam tylko jeden przepis - na szarlotkę sypaną i na zmianę z kupnymi Digestivami (jedne z nielicznych wegańskich ciastek) wcinałam co jakiś czas...aż odkryłam, że syn ma uczulenie na jabłka!! Był to lekki szok, poszły w kąt soki przecierowe, które do tej pory rekompensowały brak słodyczy.
Wcześniej udało mi się wybadać, że młody bardzo silnie reaguje na cytrusy, a przyznam się, że piłam prawie codziennie rooibos z cytryną(mój ulubiony napój), bo gdzieś doczytałam że niewielka ilość cytryny jest dopuszczalna przy karmieniu piersią. Błąd. Przynajmniej w naszym przypadku :/
Obecnie skóra młodego już prawie się wygoiła...niestety od dziś znów wysypany i nie jestem pewna który to winowajca, maliny ze słoiczka homemade czy jednak tofu... jak widać, mimo tygodni diety eliminacyjnej wciąż popełniam karygodne błędy. Czasem mnie zamroczy i zjem 2 podejżane rzeczy a potem zachodzę w głowę co to mogło być... Po cichu obstawiam jednak maliny, niestety, bo były składnikiem moich wegańskich muffinek, których zjadłam sporo, bo inni domownicy pałaszowali słodycze przywiezione przez dziadka. Tak więc zgaduj zgadula, i od nowa.
Jednak wracając do samej doli człowieka ograniczonego- pomalutku zaczynam ogarniać ten nowy świat. Z początku czułam się z tym trochę źle, ciężko jest np. przygotowywać dzieciom jedzenie którego nie można nawet spróbować, a do tej pory było smakołykiem. Poza tym stanęłąm w miejscu z wypiekami, a ja bardzo lubię przyrządzać różne ciasta, bułeczki, desery...
Na szczęście dietowa maligna nie może trwać wiecznie no i od czego mamy internet-nieskończoną kopalnię wiedzy człowieka w potrzebie. Tak znalazłam sobie tabelkę zamienników jajek w wypiekach - http://www.jadlonomia.com/2012/01/weganskie-ciasto-jak-upiec-ciasto-bez.html i tak jakość życia poprawiła się o kilkadziesiąt procent :) zaczęłam testować różne warianty mafinek. Odkryłam m.in. że pyszne wychodzą z dodatkiem kawy inki zamiast kakao :D oraz wreszcie miałam okazję przetestować jak bardzo przypomina to kakao mączka chleba świętojańskiego, czyli karob. No właśnie, karobowe mafiny z malinami chyba przyczyniły się do kolejnej wysypki mojego malucha :/ eeeh... szkoda, bo wyszły przepyszne!

generalnie mam przepis bazę, który modyfikuję zależnie od weny.
przepis jest taki:
składniki suche
250g mąki
175g cukru
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
3łyżki kakao (ja dodaję właśnie inkę, lub karob, lub nic- wtedy jest wersja waniliowa)
cukier waniliowy

mokre
szklanka mleka(ja daję migdałowe bądź owsiano-kokosowe)
90ml oleju
1 jajko(ja daję 1/2 łyżki siemienia lnianego, namoczonego w 3 łyżkach wrzątku)

robiłam też pyszną wersję z inką oraz dżemem z czarnej porzeczki, do puki nie odkryłam, że młodego wysypuje też po kwasku cytrynowym- popularnym w zastosowaniu jako regulator kwasowości w praktycznie wszystkich dżemach i sokach...masakra. Jedynie Bobofruty dla najmniejszych nie mają tego specyfiku. Z radością wypiłam dziś sok z gruszki, celebrując każdy łyk, serio...

zaczęłam optymistycznie się nastawiać do tego z czym się niejako zmierzam (bo to inaczej jak zostajesz weganinem z przymusu a inaczej niż z siebie; no i najważniejsze- nie chodzi tylko o jajka, i mleko, ale też prawie wszystkie owoce, ostrożnie też z soją i zero orzechów :( ) i znalazłam kolejne przepisy na wypieki dla alergików, teraz trzeba je tylko po kolei przetestować :) jak znalazł na skandaliczne ceny jajek w naszym kraju ;) tylko lipiec nie obejdzie się bez orzechowego tortu na urodziny mojego męża.

dobra, rozpisałam się jak nigdy. Niestety zaczynaja mi się kleić oczy bo pora nie jest najwcześniejsza... ale tematem naszego tropienia alergenów jeszcze się tu będę dzieliła. Może to komuś pomoże.
Pozdrawiam więc w szczególności wszystkie matki karmiące na diecie.
Dobrej nocki!

środa, 15 lutego 2012

nowy chuścioszek

jest już z nami od 3 tygodni!!
wiem, miałam tu zgladnać jeszcze przed porodem, ale tym razem końcówka była dość...ciężka...nic dziwnego, syn urodził się ze słuszna waga ponad 4,7 kilo...
no. tyle tytułem wstępu ;)
Pierwsze motanie miało miejsce kilka dni po porodzie, jak przestały mnie boleć plecy po romansie ze szpitalnym łóżkiem. Wybór padł na najkrótsza chustę w naszym stosie, czyli indio Loden - 3,6m. Wiazanie- kangurek.
a potem już poszło z górki, bo syn okazał się być rasowym chuściochem :) nie dziwota w sumie, skoro przez całe swoje życie płodowe wielokrotnie brał udział w chustowych wykładach i warsztatach ;)
Chustujemy więc codziennie, nawet byliśmy juz na pierwszym spacerze, testujac kurtkę do noszenia w chuście. Kurtka rewelacja, było nam ciepło a zamotanie się we wszystko było o wiele sprawniejsze, dzięki temu, że odpada opcja zgrzania się podczas motania dziecka w kombinezonie zimowym. Młody był tylko w body, śpiochach i na to pajac- bo u nas ostatnio mrozy. Następnym razem wyskoczy w samym body i pajacu, bo już mamy zero na termometrze, a nawet +1 dziś było!
Zdjęć ze spaceru nie posiadam, bo wyskoczyłam dość spontanicznie, celem dostarczenia drugiego śniadania córce do szkoły. No i zostawiłam w domu telefon...

ale za to zdjęć kilka innych z naszych pierwszych chustowań :)






piękna dynia w pełnej krasie :) zdjęcie zupełnie przypadkowe :D

to już zdjęcie nie przypadkowe ;)
Oto Dobromir




jeszcze jedno prezentujące cudnej urody pomarańczową chustę, oraz jeszcze cudniejszej urody syna mego

 
tu pierwsza kieszonka, dzięki której zrobiłam dzieciom na kolację górę naleśników, przy czym cała trójka była zadowolona :)

tu kangur w pełnej krasie. Sory za fantastyczne łazienkowe tło, które aż się prosi aby zdjęcie wykonać na sławny swojego czasu allegrowy sposób- z siatą z biedronki na głowie ;)
jak się odwróciłam po zrobieniu tego zdjęcia, moim oczom ukazał się taki oto widok:

na koniec nasza kółkowa z indio natur len, absolutna moja chustowa miłość, do której 3 razy wracałam, no po prostu must-have w moim stosiku

a więc chustowanie zaczęło się na całego :)